poniedziałek, 28 kwietnia 2014

2. Sałatka: Truskawkowa fuzja z Grecją

Feta kojarzy mi się jednoznacznie z Grecją. Grecję kocham, fetę kocham - w zupie, sałatce, na pizzy, w pieczeni rzymskiej. Feta jest wyjątkowa, ale wybieram tę owczo-kozią lub kozią, bo krowia to już nie feta. Truskawkę kocham. W koktajlu, cieście, owocowej sałatce, bez niczego. I chociaż Internet pełen jest oryginalnych przepisów i właściwie coraz mniej połączeń nas dziwi, to mnie dotąd nie kręciły takie fuzje smaków. Mimo wszystko skusiłam się. Zapisałam się na newsletter do niemieckiego serwisu Geofeminin, codziennie dostaję fragment przepisu, zachęcający do odwiedzenia kulinarnej części serwisu. I muszę przyznać, że najczęściej owe zachęty lądują w śmietniku. Bo ja gotuję po swojemu lub szukam konkretów. No i szczerze mówiąc - serwisy kulinarne i blogi rzadko chwytają mnie na długo, bo nie jestem z tych odmierzających, kieruję się naszymi smakami, ciągle wypróbowując nowe składniki, warzywa, przyprawy, etc. Chyba już kiedyś o tym pisałam, więc w tym momencie się zamknę.
Z tą sałatką było inaczej, od razu poczułam jej smak: szpinak, feta, truskawki, orzechy pekan plus przyprawy. Jednym z istotnych składników, który przyciągnął moją uwagę, był ocet malinowy i to jeszcze podkręciło apetyt na danie.

Ocet malinowy brzmi pysznie, mimo iż nie jestem fanką occtu (balsamiczny jest jak na razie najznośniejszym, jaki mi podchodzi). Kupiliśmy sobie na wyjeździe książkę pod tytułem 1001 Foods Liebe auf den ersten Biss (Miłość od pierwszego ugryzienia) Frances Case. Wspaniałe, inspirujące ilustracje, krótkie i treściwe informacje o ciekawych smakowitościach. Świetne kompendium kulinarnej wiedzy plus dla mnie zachęta do poszerzania zasobu słówek w zakresie języka niemieckiego. To z niej dowiedziałam się, że ocet malinowy serwuje się (serwowano) tradycyjnie w angielskim Yorkshire do regionalnego puddingu przed mięsnym daniem. Produkcja komercyjna rozpoczęła się we Francji, a ocet rozsławili francuscy kucharze  w latach 80 i 90 ostatniego stulecia.
Najlepszy ocet osiąga się dzięki świeżym owocom, które zalewa się octem winnym. Proces aromatyzacji trwa około miesiąc. Taki ocet razem z dobrą oliwą z oliwek podkreśli dobrze smak awokado i pasuje do niebieskiego sera pleśniowego (s.703).

Nie było mi jednak dane spróbować tego occtowego rarytasu, być może zrobię sobie sama, nie miałam też pekanów, a szpinak zastąpiła mi rukola z ogrodu taty chłopaka (pyszna, aromatyczna).
Ostatecznie skład przestawiał się tak:
  • rukola
  • 5 truskawek
  • 1/3 opakowania fety
  • 1,5 garści prażonych w piekarniku migdałów
  • sól czarna, hawajska
  • pieprz kolorowy
  • odrobina occtu orzechowego (orzech włoski)
  • oliwa z orzechów włoskich


Lubię osuszoną sałatę lekko osolić, ale do dressingu również dodaję troszkę soli. Ocet kiedyś kupiłam i niestety mi nie posmakował, postanowiłam jednak dać mu szansę, zaryzykowałam i dodałam do tej sałatki niepełną łyżeczkę. Natomiast olej orzechowy jest pyszny, więc dodatkowo po polaniu sałatki dressingiem, skropiłam górę owym olejem.

Sałatka była nieziemska. Truskawki, okazuje się, tworzą niezłą parę z fetą. Szkoda, że nie mogłam podkręcić smaku malinowym octem, ale kiedyś na pewno wypróbuję. Wersja ze szpinakiem z pewnością też jest warta uwagi, a zastępstwo pekanów przyprażonymi migdałami okazało się ciekawą alternatywą. Właściwie polecam zrobić wersję pod siebie z założeniem, aby połączyć fetę z truskawką! Napiszcie, czy ten smak Wam podchodzi, bo mi bardzo. Smacznego!
Mam tylko szybkie zdjęcia, ale lepiej takie niż żadne. ;)







czwartek, 3 kwietnia 2014

1. Energetyczne batony przed lub po treningu


Ostatnio "dużo" (dużo jak na mnie ;)) biegam, ćwiczę, a żeby jakikolwiek wysiłek fizyczny przyniósł rezultat, trzeba zwrócić uwagę na to, co jemy.
Czasy odchudzania mam już dawno za sobą i po diecie, która przyniosła mi sukces, choć wiedziałam, że nie jest najlepszym wyborem już w trakcie jej trwania i uzupełniałam braki składników szybciej niż przewidywał program, postanowiłam, że nie przejdę już na żadną dietę w tym popularnym ostatnio znaczeniu.

Jakie było moje odżywianie po diecie?

Na pewno zdrowsze niż przed dietą, więc z tego chociażby powodu nie mogę totalnie wieszać psów na dietach, ponieważ pozwalają one coś sobie w zagubionej głowie usystematyzować i naprowadzić się na właściwe tory. Niestety wraz z dobrym nastawieniem powracamy w pewnym stopniu do smaków sprzed diety. Mnie udawało się dość długo konsumować potrawy "zakazane" przez wszystkie diety w moderacji: pizza, makaron (nie jako dodatek, a podstawa dania) były moje, a waga trzymała się w ryzach. Niestety jestem słodkim pamperkiem i zgubiły mnie słodkości. Na początku udawało mi się je kontrolować, ale im częściej zjadałam coś w pyszniutkiej, mlecznej czekoladzie, tym mój głód na słodkie narastał. Zima sprzyjała temu, by delektować się słodkim. Nie, nie przytyłam dużo. Miałabym do zrzutu około 3-4 kg (teraz 2-3kg), żeby wrócić do tej utrzymywanej przez długi czas wagi, jednak nie waga jest dla mnie ważna, a kondycja i naturalne wyszczuplenie przez uprawianie sportu. Szczupłość to też drugorzędna sprawa. Wyglądam w moich oczach dobrze, a to najważniejsze. Wyszczuplenie to ta korzyść dodatkowa. :)

Nie potrafiłabym całkowicie zrezygnować ze słodyczy, dlatego zawarłam ze sobą umowę: nie mówimy głowie, że słodkie jest zakazane, bo ciało będzie się buntować i domagać. Zastąpiłam ochotę na słodkie spożywaną niemal codziennie gorzką czekoladą w ilości około 20 do maksymalnie 40g. Nie będę się rozwodzić nad jej cudownymi właściwościami. Grunt, że ta ilość pomaga zaspokajać głód na słodkie, a ja mam świadomość, że nie są to tak puste kalorie jak po zjedzeniu tradycyjnego batonika czy kruchego ciastka z kremem. Jem też suszone owoce, jak było zimno, piłam kakao i robiliśmy sobie czekoladowy budyń lub piliśmy herbatę z frużeliną.
Postanowiłam, że będę nadal piekła ciasta (uwielbiam piec), ale tylko na wyjątkowe okazje (urodziny, rocznice, święta) lub w specjalnych okolicznościach (goście).

Nie znaczy to jednak, że nie można przygotować czegoś w 100% (lub prawie 100%) korzystnego dla naszego odżywiania, a zaliczającego się spokojnie w kategorii słodkie/deser.
Takie właśnie są moje batony. Wpakowałam w nie wszystko, co akurat miałam pod ręką z bakalii i orzechów, ale jak najbardziej można zmniejszyć liczbę różnorodnych składników, za to pobawić się w wymyślanie różnych kombinacji i smaków. Takie orzechowo-bakaliowe batony z odrobiną gorzkiej czekolady będą świetnym elementem śniadania do szkoły czy właśnie energetycznego dopalacza przed lub po treningu.


Składniki przykładowe (moje):
  • 25g gorzkiej czekolady (100g 550 kcal) - 137,5 kcal
  • 35g żurawiny (100g 343 kcal) - 120 kcal
  • 61g daktyli (100g 308kcal) - 188 kcal
  • 50g orzechów ziemnych (100g 637kcal) - 318,5 kcal
  • 50g orzechów nerkowca/cashew (100g 599 kcal) - 299,5 kcal
  • 50g migdałów (100g 619 kcal) - 309,5 kcal
  • 28g Beeren mix* (100g 332 kcal) - 93 kcal
  • 29g oleju kokosowego (100g 862kcal) - 250kcal
  • 40g płatków owsianych (100g 372 kcal) - 149
* mieszanka różnych rodzynek (żółte, zielone, koryntyjskie), żurawiny, jagód goji i physalis, zakupione w Lidlu.

Przygotowując te batony, nie miałam konkretnego planu, ważne było, aby się skleiły i po schłodzeniu dały rozkroić na porcje. Już po pierwszej próbie okazało się, że te są dobre, więc z czystym sumieniem mogę polecić proporcje (jak ja nie znoszę odważać i liczyć kalorii, ale zrobiłam to dla Was! :)).

Jak przygotować?

Daktyle umieść w garnuszku, nalej odrobinę wody (mniej więcej do połowy grubości daktyla - patrz zdjęcie), delikatnie podgotuj (na średniej mocy palnika), żeby zmiękły. Wraz z olejem, będą tworzyły wspaniały klej dla naszych batonów. Możesz je również zalać na noc, aby rozmiękły, razem z resztą bakalii, ale wtedy lepiej je odsączyć, tymczasem te na szybko - gotowane przelej do naczynia siekającego (może być wysokie naczynie od blendera) wraz z pozostałą po lekkim odparowaniu podczas gotowania wodą (najlepiej wystudzić!), a następnie dodaj olej kokosowy i zblenduj.

W czasie gdy daktyle się gotują, możesz już zalać płatki owsiane 5-6 łyżkami gorącej wody - woda nieco je rozmiękczy i też będzie tym elementem wiążącym całość.

Kiedy "klej" jest gotowy, dorzuć do niego wszystkie pozostałe składniki, uprzednio posiekane na nieco mniejsze kawałki (siekałam za pomocą urządzenia, czekoladę kroiłam nożem). Jeśli dodasz czekoladę do zimnego "kleju", zachowa kształt, a jeśli do ciepłego (jak ja), odda smak i kolor całej masie, częściowo zachowując kawałki). Możesz też rozpuścić ją i dodać na sam koniec, smarując spód, możesz rozpuścić ją i polać wedle uznania i fantazji po schłodzeniu i pokrojeniu batonów lub w ogóle pominąć czekoladę, jeśli nie masz na nią ochoty.

Dobrze wymieszaną masę przelej do formy wyłożonej folią spożywczą. Urwij taki kawałek folii, żeby można owinąć wierzch masy. Dzięki temu baton nie pochłonie ewentualnych zapachów lodówki, a folia pomoże Ci bez problemu wyjąć batony blok.
Najlepiej schłodzić przez noc. Już rano możesz się cieszyć świetną przekąską, która doda Ci sił na ciężki dzień lub na ciężki trening albo, jeśli wolisz, podniesie Cię skutecznie ze spadku formy!

Jeśli nie masz oleju kokosowego, możesz zmniejszyć ilość bakalii na rzecz przygotowania karmelu na bazie miodu i odrobiny masła... Może spróbuję zrobić batony całkowicie orzechowe właśnie w takim karmelu, wtedy z pewnością powiem, jak wyszły, tymczasem zostawiam tylko niesprawdzoną osobiście podpowiedź alternatywy "kleju". :)

Batony pozawijałam w kawałki papieru do pieczenia, umieściłam w pojemniku i trzymam w lodówce. Zrobiłam je w piątek, zostawiłam na weekend same, a od wczoraj cieszę się pysznym energetycznym kopem, zatem ich data przydatności jest całkiem spora i myślę, że spokojnie można je przechować do ostatniego dnia, przyjmując, że jesz jednego dziennie. :)

_____
Suma: 1865 kcal
1 batonik: 177, 2 kcal
Blok 19 cm (długość formy), podzielony na 9,5 batona, waga jednego batona: ok 42g






Smacznego zdrowego!




środa, 2 kwietnia 2014

FIT-sumowanie - MARZEC 2014

Po marcu dochodzę powoli do wniosku, że moje noworoczne cele bardzo się przewartościowały - same z siebie, z mojej motywacji. Wynika z tego, że książka oddala się ode mnie, ale zyskuję kondycję, o której marzyłam. Jest dobrze. Nie poddaję się w kwestii pisarskich marzeń, ale równocześnie skupiam się nieco bardziej na tym, co mi wychodzi.
Nie muszę chyba dodawać, że postanowienie poświęcania godziny dziennie na pisanie od poniedziałku do piątku bardzo szybko wyrzuciłam do kosza. Tak naprawdę trzeba zacząć teraz/od razu. Nie odkładać, a ja odkładałam, wkładałam sobie do głowy, że jakoś nadrobię. Ostatecznie nie ruszyłam z miejsca. Poległam! To widać też po postach na tym blogu, a raczej ich braku. :/
Nie dam za wygraną, ale by głowa była nastawiona pozytywnie, nie postawię sobie w tym miesiącu żadnego celu, który jest związany stricte z pisaniem.
Małym światełkiem w tunelu jest mój blogowy dziennik, który zaczęłam pisać ponad tydzień temu. Będzie to dla mnie pamiątka mojej drogi w bieganiu, ale jednocześnie z uwagi na luźną formę, jaką przyjęłam, jest motywacją do pisania, bo coś tam codziennie "wklikuję" i znajduję pewną rutynę.
Poza tym sport daje niesamowitą energię. Ruch, dobre odżywianie i wysypianie się sprawia, że nie ma się ochoty siedzieć na kanapie i robić rzeczy, które siedzenie zakładają. Muszę tylko dojść do miejsca, w którym tak ułożę sobie kalendarz, aby być aktywna w sporcie, blogosferze, pisaniu i szydełkowaniu. Bo sprawy życiowe już lepiej ogarniam dzięki ruchowi. Tak jak Perfekcyjna uważa, że posprzątana chata ułoży Ci w głowie, z czym w dużej mierze się zgadzam, tak właśnie regularny wysiłek sprawia, że głowie też się układa. O ile nasz cel nie jest krótkodystansowy, to aktywność fizyczna może bardzo pozytywnie wpłynąć na inne sfery. Tego Wam i sobie życzę, a teraz w końcu podsumowanie:

link do kalendarza na kwiecień: TU

Przed biegiem zawsze stosuję rozgrzewkę, a po bieganiu zawsze się trochę rozciągam. Nie piszę o tych czynnościach, jeśli robię to we własnym zakresie. W innych wypadkach są to programy dostępne do oglądania na yt i rozgrzewam się lub rozciągam wraz z filmowymi trenerami. :) Pamiętajcie o tym, żeby nie dopadła Was kontuzja.
Znaki zapytania to dni, w które nie zapisałam sobie w kalendarzu, czy coś ćwiczyłam czy nie i nie mogę sobie teraz przypomnieć. :/
Kontuzja biegowa: zawianie karku, ból promieniujący na barki. W niedzielę było lepiej, ale wolałam dać sobie jeszcze jeden dzień oddechu. Odchodzę od treningów Chodakowskiej na rzecz Jillian w większej dawce i zaczęłam odkrywać Boba Harpera (kocham klimat jaki tworzy, podkład muzyczny do jego ćwiczeń jest całkowicie w moim stylu, czego chcieć więcej), który również używa obciążenia (na tym mi zależy, by wzmocnić mięśnie). W tym miesiącu przerobiłam też jedno wyzwanie Zuzki Light ZWOW 47, wszystkie zwowy dostępne są na jej yt-bowym kanale. 9-minutowa rozgrzewka, 14 minutowe brzuszki ćwiczę z Natalią Gacką. Uwielbiam ją i polecam (yt)!

Pomiary na ten miesiąc (razem 2014):

waga: - 1,4 kg (- 1,2kg)
biust: 0cm (- 2cm)
pod biustem: - 1cm (- 2cm)                      
talia: - 0,5cm (- 3,5cm)
pas (pępek): - 0,5cm (- 1,5cm)
pas (oponka): + 1cm (- 2cm)
biodra: 0cm (- 2cm)
uda (razem, najszerszy punkt): - 1cm (- 3cm)
udo: - 0,5 cm (- 0,5cm)
łydka: 0cm (0cm)
ramię: - 1cm (-1cm)

Wymiary wstawiam tylko w celach poglądowych. Już niedługo, o ile utrzymam formę, pewne parametry przestaną się zmieniać lub nieco się zwiększą, bo przy mojej budowie nie będą zlatywać, co najwyżej ujawnienie mięśni sprawi, że w którymś obwodzie będzie nieco więcej.
Tak naprawdę moją zmorą są uda razem i osobno, w tym miejscu jest co ściągać. ;)
Dla mnie najważniejsza jest forma zarówno w tym wymiarze wizualnym, jak i wydolnościowym i powoli również na cm nie zwracam uwagi.
Ważyłam się prawie codziennie, więc w tym miesiącu przestaję (nie chce mi się). Będę dokonywać orientacyjnego pomiaru co sobotę/niedzielę. 

Postanowienie na ten miesiąc: zrealizować najważniejsze zaległości szydełkowe, wyrobić się w terminie na wyzwanie szydełkowe (szal do 10 kwietnia), dawać siebie wszystko w tym, co kocham! :) Tak ogólnie, ale za to z pozytywnym nastawieniem, bo wiosna już pełną parą. Jest pięknie, chce się żyć! :)
Życzę Wam dużo, dużo energii!
Już niedługo (mam nadzieję jutro) o tym, co zjeść, by sobie tę energię nieco podkręcić. :)


poniedziałek, 3 marca 2014

Fit-sumowanie LUTY 2014 i postanowienie na marzec

Czas na małe podsumowanie lutego! Ale może najpierw króciutko o celu takich postów. Jednym z moich 12 postanowień na ten rok jest regularne dbanie o formę. Trudno zmobilizować się do realizacji wszystkich postanowień, dlatego mądra osóbka powiedziała: wybierz top trójkę i staraj się codziennie, małymi kroczkami przybliżać do celu. Nie łudź się, że wszystko ci się uda, ale dbaj, żeby to, co najważniejsze, przyniosło Ci sukces. Tak też staram się myśleć i działać. Mało tego, ograniczam się w tym momencie do top dwójki: dbanie o formę i pisanie. I tak jak z pisaniem na razie jest kiepsko (tak na marginesie - dziś Dzień Pisarza!), to z tą formą zapowiada się całkiem nieźle. :) Pisanie podsumowań też ma znaczenie: dzięki temu rozliczam się nie z całego roku, a z danego miesiąca. Taki rachunek sumienia, mam nadzieję, doda skrzydeł, ale też pokaże Wam, że MOŻNA walczyć z samym sobą, ze swoim wewnętrznym leniem! :)
W styczniu wzięłam się za siebie pod koniec, a w lutym poszło mi świetnie. Tak przedstawia się kalendarz mojej aktywności fizycznej:

Kalendarz można znaleźć TU


A teraz ciekawsze: rezultaty, czyli wymiary po miesiącu:

  • waga: +0,2kg
  • biust: -2cm :(
  • pod biustem: -1cm
  • talia: -3cm :)
  • brzuch na linii pepka: - 1 cm
  • brzuch w najgrubszym punkcie ("oponka"): -3cm
  • biodra: -2cm
  • uda (dookoła; najszerszy punkt): -2cm
  • udo (mierzę prawe): 0cm
Dodatkowe pomiary w tym miesiącu:
  • ramię: 29cm
  • łydka: 38cm
Nie stosuję DIETY, nie wierzę już w DIETY, wierzę natomiast w dietę - styl zdrowego odżywiania. Co zmieniłam w stosunku do poprzedniego miesiąca? Dbam o to, by jeść więcej warzyw, dbam o dawkę owoców. Choć zdarzyły mi się w lutym takie wyskoki, jak babeczki na Walentynki, pralinki z Belgii czy pączki w Tłusty Czwartek, to ograniczam słodycze. Starałam się ich nie jeść, uprzyjemniając sobie codzienność 1-2 pasków gorzkiej czekolady z wysoką zawartością kakao. Poza tym podjadałam orzechy włoskie, migdały, żurawinę, porcję innych suszonych owoców, gdy nachodziła mnie ochota na małe co nieco. Nadal jem co poniedziałek domową pizzę, nie zrezygnowałam z makaronów, ryżu, chleba. Moim celem nie jest chudnięcie, choć gdyby waga zmniejszyła się o 3-4 kilo - nie płakałabym. :) Natomiast nie chcę inaczej odżywiać się, by wspomóc spadek wagi. Moim celem jest lepsze żywienie i ciało, które można bez wstydu pokazać na plaży. ;)

70 cm - moja talia, myślę, że tu się wiele nie zmieni, bo musiałabym chyba usunąć żebra ;) Teraz jest już dobrze! :)


Zdecydowałam się też, by rzucać sobie wyzwania. Takie na miarę moich możliwości, ponieważ niestety mam słomiana głowę. W lutym postanowiłam nie jeść pod żadnym pozorem frytek i chipsów i to udało mi się w 100%! Nie było to wyzwanie trudne do realizacji, niemniej jednak lubię skusić się na frytki czy chipsy do filmu i były ku temu okazje, którym się oparłam, zatem mały krok do przodu w ćwiczeniu silnej woli. 

W tym miesiącu nie mam postanowień związanych z odżywianiem. 
Mam za to trudniejsze i ambitniejsze: od poniedziałku do piątku poświęcić godzinę na pisanie. Nieważne, co i ile napiszę, ważne, abym skupiła się na myśleniu o tekście, na tworzeniu, na układaniu lub, co ważniejsze, by poniosła mnie wena do klikania. Dziś porażka, chyba że mogę liczyć tworzenie tego posta. Ale od jutra biorę się za siebie. :) Specjalnie nie narzucam sobie wyzwania na ilość słów, zdań czy stron, bo łapią nas raz lepsze, raz gorsze dni, ale czas przeznaczony tylko na pisanie sprawi na pewno, że ruszę i będę w końcu mogła uznać marzec za krok w przód, a swoje postanowienie w temacie za możliwe do realizacji, a nie mrzonkę. :)

Żeby nie było tak pięknie, dziś zjadłam amerykana w tutejszym stylu karnawałowym. Nie leciała mi na niego ślinka, ale amerykan-buźka wiąże się z zabawną historią dotyczącą mojej niezdarności. Otóż, z dwa-trzy lata temu wpadłam z impetem w ramę łóżka, uderzając w nią nosem. Dzięki okładom z groszku i zmrożonego noża, następnego dnia nie wyglądałam jak po nokaucie Adamka. Za to po pracy Lu przyniósł mi "buźkę" z wielkim nochalem. ;) Można je kupić w lokalnych piekarniach właśnie w okresie karnawału i od tego czasu co roku jem przynajmniej jedną buźkę. Musiałam zatem wykorzystać ostatnie dni, by tradycji stało się zadość. 

Dużo uśmiechu życzę i silnej woli we wszystkim, co dla Was ważne do osiągnięcia! Julia :)




poniedziałek, 10 lutego 2014

17. "W szpilkach Manolo" - Agnieszka Lingas-Łoniewska

To propozycja z lekkim humorem, sporą dozą intrygi, z zawsze obecnym wątkiem miłosnym

Cytowanie samej siebie nie jest może oznaką skromności, ale mój cel zaraz będzie jasny. Książk była wygraną w moim rozdaniu i właśnie takimi słowami ją opisałam. Teraz się będę tłumaczyć.
Może wiecie, może nie: nie jestem <jeszcze> wielką fanką kryminałów (dlatego też w sumie żadną wyrocznią w sprawie jakości gatunku). Uwielbiam za to oglądać White Collar, świetnie bawię się przy Castle, chętnie czytałam sensacyjne powieści autorki, a ostatnio zmierzyłam się z Nesbo.
Gdybym miała porównywać Szpilki z tym, co wiem o kryminale, to powieść według mnie odstaje zawartością kryminału w kryminale, dlatego miłośnicy gatunku, oczekujący po książce mocnej sprawy, mogą poczuć niedosyt.
Mało tego, do porównania mam jeszcze  Les Farfocles Szczygielskiego, które oferują dwie składowe Szpilek, czyli kryminał oraz komedię i muszę przyznać, że przy powieści Szczygielskiego ubawiłam się bardziej. Ba, przy niej w ogóle się ubawiłam, w Szpilkach typowej komedii nie dostrzegłam. Owszem, postaci dowcipkują, sypią zabawnymi tekstami w stylu "cięta riposta", akcja poza momentami grozy jest przedstawiona lekko, niektóre sceny wnoszą lekki uśmiech na usta, ale nie zaśmiałam się ani razu, co stwierdzam szczerze i obiektywnie. Niemniej jednak samo czytanie zaliczam do przyjemnych, bo intryga była i mnie osobiście zadowoliła (nie oczekiwałam więcej), było też odrobinę romansu i jak na powieść misz-maszową wystarczyło go odpowiednio. Nie spodziewałam się zakończenia prawie do sceny "przedkluczowej", enigmatycznie pisząc, kiedy to bohaterka miała już dość tajemnic swego partnera. To też znak, że nie zaczytuję się w kryminałach, bo miłośnik pewnie o wiele szybciej rozszyfrowałby sprawę.

Jeśli ktoś jest wkurzony na szarość dnia codziennego, pracę u prywaciarza czy w korporacji, to zdecydowanie może się utożsamiać z bohaterką. Książkę wciągnie w drodze do pracy, może uśmiechnie się do walczącej w sobie Lilki, która w końcu powie STOP i weźmie stery w swoje ręce. Chociaż wcale nie jest tak łatwo stać się swoim szefem, to powieść podpowiada, że czasem warto próbować, żeby nie zostać wyciśniętym do ostatniej kropli sił czy życiowej motywacji, robiąc coś czego nie lubimy lub pracując pod ciągłą presją czasu.
Czasem właśnie przypadek czy nieco kryminalne zrządzenie losu popchnie nas we właściwym kierunku.

Wracając teraz do pierwszych słów z tego posta. Dla mnie Szpilki od Manolo to właściwie powieść sensacyjna z elementem zagadki, stąd mowa o sporej dozie intrygi, jest napisana lekko, znajdziesz w niej dowcipne sytuacje, stąd mowa o lekkim humorze. A z romansu chyba nie muszę się tłumaczyć. ;) Może określenie powieści etykietką komedii i kryminału to za dużo, ale nie zmienia to faktu, że można się przy tej książce dobrze bawić.

opinia z 19 listopada 2013